Szkoła chińskich Sztuk Walki Nama


Fragmenty wywiadu dla magazynu "Sport dla wszystkich"
Tekst: Piotr Szymanowski, Marcin Fijałkowski

Nie mówcie do mnie mistrzu!

- "Panowie, panowie! Miejsce zróbcie, przepuście panią, która przyszła na zajęcia Wu-Shu." Mało kto zorientował się, że to nie żadna "pani". Na salę wszedł Hai Bui Ngoc Nam. Niezwykły i charyzmatyczny nauczyciel wu-shu i tai chi.

Trudno się dziwić - były lata siedemdziesiąte, a Nam miał długie czarne włosy, które sięgały aż do pasa. "Zdarzało się nawet, że podrywali mnie faceci. Brali mnie za kobietę." - mówi Nam zanosząc się ze śmiechu. Taki już jest. Ma ogromny dystans do samego siebie. Tego nauczyło go życie. Jego perypetie mogłyby posłużyć do napisania wielkiej książki o trudnościach i przeciwnościach losu, o wielkiej metamorfozie charakteru.

Nam mając 9 lat rozpoczął naukę wu-shu i tai chi. Nie były to łatwe czasy. Jedyna szansa to podróż na studia. Tak trafił do gdańskiej uczelni (...) Otworzył wtedy własną szkołę Wu-Shu.- "Wtedy byłem agresywny, miałem się za strasznego twardziela. Biegałem boso po śniegu na brzegu morza razem z uczniami. Waliłem ich po brzuchach i plecach, trenowaliśmy bardzo ciężko. Uczniowie mieli siniaki na rękach i nogach od ćwiczeń bloków i uderzeń. Kto nie ustał, kto nie spiął mięśni dostawał za karę 100 pompek" - wspomina Nam.

Na dwóch studentów z Wietnamu przypadał jeden "anioł stróż" - agent, który ich pilnował. Przed czym? Przed skrzywieniem światopoglądu. Nam miał tylko studiować, a wszelkie kontakty miały odbywać się pod nadzorem agenta. Dwa razy w miesiącu Nam musiał składać samokrytykę i pełny raport swojemu szpiclowi. Ten sprawdzał czy to prawda i wysyłał raport do ambasady. A Nam nie był zbyt grzeczny - nie wracał na czas do akademika, prowadził treningi. Rozmawiał z Polakami, gdy razem ćwiczyli. Długo nie trzeba było czekać - przyjechali po niego z ambasady. Nam musiał uciekać. Wybrał Francję.

W czasie podróży po Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, w ciemnych zakątkach miał okazję poznać realia prawdziwych walk. To wszystko nauczyło go, że nie ma mocnego, nie ma najlepszego. W związku z tym zaczął zmieniać swój sposób życia. Zaczął kształtować elastyczny umysł i ciało. - "Raz przyszedł do mnie facet - 2 metry, mocno zbudowany zapaśnik ważący ponad 100 kilogramów. Nie byłem pewny siebie, ale powiedziałem do niego, żeby mnie zaatakował. Złapał mnie w pasie i podniósł do góry. Zupełnie jak na filmie. Machałem rękami i nogami i nie mogłem nic zrobić. Takie wydarzenia pokazały mi, że nie ma kogoś takiego jak "najlepszy czy najsilniejszy" - wspomina z uśmiechem Nam. Pobyt we Francji nauczył go również pokory wobec siebie. Już nie chciał być nazywany mistrzem, a ludzi przychodzących do niego uczniami. - "Bycie mistrzem to trudna sprawa. Trzeba być wtedy wzorem i nie można popełniać błędów.To tak jak mieszkanie na słupie - jesteś wyżej od innych, ale nie masz możliwości manewru, a ci z dołu ciągle obserwują najmniejszy ruch. Dlatego ja unikam słowa mistrz - nazywajcie mnie Nam. Nie mistrzu."

- Nam masz jakieś autorytety?

- Dalajlama i Matka Teresa. To takie osoby sprawiają, że mobilizuję się do większej pracy nad sobą. Poza tym jest w Chinach kilku mistrzów, których podziwiam. Oni po prostu robią swoje. Trenują, ćwiczą - są sobą. To bardzo wartościowi ludzie. W przeciwieństwie do tych, którzy podają się za "mistrzów" i "nauczycieli". Takich niestety nie brakuje. Ci, którzy do nich trafiają nie zauważają tego, że to nie są właściwi trenerzy. Adepci są jak zakochani - zakochani w Wu-Shu czy krav madze i nie przyglądają się nauczycielom. Po jakimś czasie to odkrywają, że "mistrz" nie jest wcale Mistrzem i odchodzą.

- Nie jesteś wysoki a do tego jesteś obcokrajowcem - czy często zdarzało Ci się, że ktoś Cię zaczepiał?

- Zdarzało się. To wynika z postawy danego człowieka. Można iść po ulicy na trzy sposoby: Pierwszy - przerażony jak szczur czy ofiara. Masz wtedy pewność, że ktoś będzie chciał cię zaczepić. Drugi - chodzisz jak mistrz, gwiazdor. Uważasz, że jesteś ponad wszystkimi. Wtedy będą się z tobą sprawdzać i w końcu trafisz na silniejszego. Trzeci - pewny siebie, opanowany. Mową ciała pokazujesz, że nie szukasz walki, jesteś sobą. Te pierwsze dwa typy zbiorą najwięcej zaczepek. Ja chodzę spokojnie, nie chcę nikogo krzywdzić, nie mam potrzeby walczyć. Wiem, że różnię się od innych. Ale nauczyłem się czuć się pewnie i być sobą - dlatego to mi nie przeszkadza. Umiem się z tego śmiać.

- Czy musiałeś kiedyś walczyć przeciwko ludziom uzbrojonym?

- Czasem, mało z tych starć pamiętam, ale zawsze wychodziłem cały. W Gdańsku, gdy byłem studentem po jednej bójce miałem dużo kłopotów z sądem, mało mnie nie deportowali. Podeszło do mnie 4-5 podpitych gości z tulipankami, ale dałem radę. Pobiłem ich, bo po alkoholu stracili sporo umiejętności w walce. Pozostała tylko potem długa walka w sądzie...

- Użyłeś kiedyś jednej ze swoich broni?

- Nigdy, wolałbym nie, bo to by była masakra. Chociaż był raz jeden taki przypadek, gdzie faktycznie "użyłem" mojej broni. W Nicei za jedną parą biegło sporo łobuzów z pałkami i inną bronią. Jechałem wtedy samochodem i zastanawiałem się, co robić - jak im pomóc. Z tyłu miałem szablę stylu południowego, ale tylko ćwiczebną - tępą straszliwie i lekką. Nic nią nie można zrobić. Ale z daleka wyglądała na dużą i groźną. Wyskoczyłem z nią z samochodu i czekałem w pozycji do walki. Oni podbiegli i zobaczyli mnie - Azjatę z wielką szablą. Nie wiedzieli, że ta szabla nie mogła zrobić nikomu krzywdy. Nie byłoby dobrze, gdyby to spostrzegli. Nie dałbym im rady. Czekałem, czekałem. Oni stali i myśleli. Ale w końcu odeszli. Tamta para zaprosiła mnie potem na kawę. Pokazałem im te szablę. Śmialiśmy się długo.

- Nie masz trenera. Jak zatem ustalasz swoje treningi?

- Większość ludzi nazywa mnie egoistą. A to dlatego, że jak wchodzę na salę to od razu ćwiczę. To po to, aby nie tracić kondycji i formy. Gdy nie ma trenujących, ja i tak przychodzę. Potem, gdy oni pójdą, ja też dalej ćwiczę. Nie muszę się zmuszać do ćwiczeń, ja mam wewnętrzną potrzebę trenowania. To pewien nałóg - mózg podczas ćwiczeń wydziela dopaminę, a to sprawia przyjemność. Ćwiczenia dają mi radość, humor i energie.

- Właśnie - jak jest z tą energią?

- Każdy ma ją w sobie. Stres powoduję utratę energii i paraliżuje działanie, mózg traci kontrolę, oddech się przyspiesza, serce męczy. Mięśnie się napinają, szczęka zaciska. Pomyśl jaka to strata energii. Dlatego potem nie ma siły na inne działanie. Każdy ma ograniczoną ilość energii. Jeśli trwonisz ją bezsensu, to nie starczy Ci na coś innego. Dlatego tai chi jest po to, aby gromadzić te energię. I wykorzystywać ją tam, gdzie naprawdę jej potrzebujesz. Tai chi to zarządzanie energią. Pomaga lepiej jej używać i nie marnować.

- Czym jest jeszcze tai chi?

- To medytacja w ruchu - leczenie psychiczne. Odpoczynek. Daje wyluzowane ciało. Człowiek sztywny jest jak szklanka. Jeśli dostanie czy upadnie to się potłucze. Jeśli będzie elastyczny to się odbije i nic mu nie będzie. Zrozumiałem to i zacząłem ćwiczyć elastyczny umysł i ciało. Wiele razy upadłem i wciąż się odbijam - nic mi nie jest. Pozytywne aspekty tai chi lub medytacji wykorzystuje wielu zawodowych sportowców do wyciszenia się przed startem. Gdy pracujesz nad sobą jesteś uśmiechnięty, wesoły.

- To co robisz w układzie małpy jest niesamowite. Albo z łańcuchami - aż trudno uwierzyć, że to możliwe.

- Wiele technik wydaje się, że są niemożliwe. Często pokazuje jakieś elementy ludziom - oni krzyczą: niemożliwe! Odpowiadam - jest możliwe - trzeba to wykonać. Cierpliwość to podstawa. Kombinować, zmieniać strategie. Tak jak w życiu. Czasem wydaje się, że masz niewiele, pętla się zaciska. Nie ma pracy i nie ma mieszkania - przeszedłem przez to jak przyjechałem do Francji. Nie poddałem się, szukałem. I udało się. Jest możliwe. Tak jak z różnymi technikami. Należy sobie mówić - uda się, choć to trudne.

- Kobiety w sportach i sztukach walki. Co o nich myślisz?

- Są świetne. Szybciej się uczą i mają elastyczny umysł. Nie napinają się, nie mają takiej chorej ambicji jak większość facetów, którzy chcą i muszą być najlepsi.

- Czy ktoś z Twoich uczniów przejął Twój sposób myślenia i życia?

- Mam nadzieje, że nie. Nie wydaje mi się, żebym mógł być wzorem dla kogoś. Poza tym nie chcę być wzorem. Są tacy, którzy chcą mnie naśladować, ale źle im to idzie. Lepiej być sobą. Po co by drugim Namem? Jeden wystarczy.